Rozważanie wielkopostne cz. 1 – Kuszenie Jezusa

przez

włącz 02 marzec 2009.

Tomasz Józefowicz

 

Za około 40 dni będziemy z radością kolejny raz wspominać zwycięstwo naszego Pana Jezusa Chrystusa, którego dokonał umierając na krzyżu. Ktoś, kto nie zna chrześcijańskiej doktryny mógłby pomyśleć, że dziwny to powód do świętowania. Zrozumiałe wydaje się świętowanie czyichś narodzin, ale śmierci? Chrześcijanie jednak wierzą, że to właśnie przez swą śmierć Chrystus zatriumfował nad siłami zła, które mają destrukcyjny wpływ na losy człowieka i świata. „Rozbroił nadziemskie władze i zwierzchności, i wystawił je na pokaz, odniósłszy w nim [w krzyżu] triumf nad nimi” (Kol 2,15).

 

Nasz Pan nie tylko pokonał te moce, ale sprawił, że Jego zwycięstwo, może być naszym udziałem. Jak to możliwe? Dzieje się to za sprawą Ducha, którego Chrystus dał tym, którzy w Niego uwierzyli. To Duch daje nam siłę do tego, by za każdym razem, kiedy moce dążące do zniszczenia naszego życia i świata chcą nas wziąć w niewolę, ogłaszać, że Jezus, który jest Panem, rozbroił je i już dłużej nie musimy poddawać się ich niewoli. „Wszak nie wzięliście ducha niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze! Ten to Duch świadczy wespół z duchem naszym, że dziećmi Bożymi jesteśmy. A jeśli dziećmi, to i dziedzicami, dziedzicami Bożymi, a współdziedzicami Chrystusa, jeśli tylko razem z nim cierpimy, abyśmy także razem z nim uwielbieni byli” (Rzym. 8:15-17). Dane nam w Chrystusie zwycięstwo nie oznacza jednak, że jesteśmy wolni od cierpienia. Nasze uwielbienie z Chrystusem, jest możliwe tylko wówczas, gdy wraz z nim cierpimy. Możemy mieć udział w zwycięstwie Króla, pod warunkiem, że zgodzimy się obrać strategię Króla.

 

Kilka dni temu rozpoczął się 40 dniowy okres Wielkiego Postu poprzedzającego Święta Śmierci i Zmartwychwstania Pańskiego. Okres ten nawiązuje do czterdziestu dni spędzonych przez Jezusa na pustyni. Był to krytyczny moment w służbie Jezusa, kiedy miało się wykrystalizować jego mesjańskie powołanie. Gdy po chrzcie głos z nieba obwieścił „Tyś jest Syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem”, Jezus mógł być pewny swego mesjańskiego posłannictwa. W czasach Jezusa istniało wiele różnorodnych wyobrażeń o tym jak oczekiwany mesjasz powinien postępować, jaki mieć program i jak powinien go zrealizować. Jezus musiał rozstrzygnąć czy wyjdzie naprzeciw tym różnorodnym oczekiwaniom czy wybierze inną drogę. Dlatego „zaraz powiódł go Duch na pustynię. I był na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez szatana”. Próba ta miała pokazać, jakiego rodzaju wybawicielem będzie Jezus. Czy będzie jednym z tych wielu wyzwolicieli, którzy obrali drogę przemocy czy może zdecyduje się być królem pokoju, mesjaszem który osiąga zwycięstwo przez cierpienie. Czy będzie chciał odegrać się na Rzymie za całą ekonomiczną, polityczną i militarną tyranię jaką zgotował jego współbraciom Żydom, czy może utożsami się z cierpiącym sługą Jahwe, którego zapowiadał prorok Izajasz?

 

Po czterdziestu dniach pobytu na pustyni Jezus stał w obliczu kryzysu większego niż ten wywołany 40dniowym postem. Był to moment, w którym zdał sobie sprawę, że jego własny głód i pragnienie jest rzeczywistością, której na co dzień doświadcza wielu jego rodaków. Głodnych było wielu wieśniaków, którzy uginali się pod rzymskimi podatkami. Jezus uświadomił sobie, że strach przed śmiercią jakiego właśnie doświadcza, to ten sam strach, którego doświadcza wielu Żydów, mijając przydrożne krzyże – symbole rzymskiej dominacji. Jezus poczuł, że wzbierający w nim gniew to ten gniew, który niesprawiedliwe traktowanie wywołuje w wielu jego pobratymcach. Jego chwila słabości i kryzysu była impulsem do uprzytomnienia sobie kryzysu, w jakim był jego naród i cały świat. Teraz świat patrzy, jak nowo desygnowany i namaszczony król, umiłowany Syn Boży, poradzi sobie z tym kryzysem.

 

Imperium rzymskie w czasach Jezusa mogło poszczycić się wspaniałymi osiągnięciami: system dróg i portów ułatwiał komunikację i sprzyjał rozwojowi handlu; mieszkańcy miast mogli korzystać z najnowszych rozwiązań architektonicznych w postaci akweduktów i amfiteatrów, wspólna waluta napędzała gospodarkę a powszechnie używana greka była doskonałym środkiem popularyzacji uznawanych przez imperium wartości. Wszystkie te zdobycze musiały być jednak okupione wysoką ceną – bezwzględnego podporządkowania imperatorowi. Każdy, kto gotów był tę cenę zapłacić, mógł doświadczać pokoju, bezpieczeństwa i mógł liczyć na sprawiedliwe traktowanie. A właściwie prawie każdy.

 

Byli bowiem w imperium również niewolnicy, w których darmowej pracy kryła się tajemnica ekonomicznego sukcesu imperium. Niestety oni sami, pozbawieni niemalże wszelkich praw, z tego sukcesu korzystać nie mogli. Była też grupa drobnych rolników, którzy uginali się pod rosnącym obciążeniem podatkowym. Mogli oni liczyć oczywiście na wsparcie bogatych posiadaczy ziemskich, którzy chętnie opłacali za nich podatki – w zamian za prawo do ich ziemi. Możnowładcy byli jednocześnie na tyle wspaniałomyślni, że pozwalali wieśniakom pozostawać w ich dotychczasowym miejscu zamieszkania i uprawiać ziemię dla swoich bogatych dobrodziejów. Jako dzierżawcy część plonów wieśniacy mogli zostawić dla siebie. Czasami dawało się nawet z niej przeżyć.

 

Były też kobiety, które były w imperium obywatelkami drugiej kategorii. Imperium potrzebowało dużej armii i wielu podatników, żeby ją utrzymać. Stąd zadaniem kobiet było dostarczenie cesarstwu jak największej liczby lojalnych synów, co przy wysokiej śmiertelności niemowląt i kobiet w połogu było, dosłownie, morderczym zadaniem. Zatem o ile nie było się niewolnikiem, drobnym rolnikiem lub kobietą i znało się swoje miejsce w szeregu, można było doświadczać dobrodziejstw płynących z pax Romana.

 

Ideologia imperium rzymskiego nie przemawiała jednak do wszystkich, którzy znaleźli się pod jego protektoratem. Wśród tych, którzy nie dali się spacyfikować przez pax Romana byli Żydzi. Ich ściśle monoteistyczna wiara nie pozwalała stawiać w jednym szeregu Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba oraz cezara. Nie wyobrażali sobie by Jahwe zasiadał na tronie w panteonie innych bóstw. Kult imperatora nie mógł liczyć na wielu wyznawców w Palestynie czasów Jezusa. To sprawiało, że Rzymianom nie było łatwo sprawować władzy nad Żydami i z roku na rok stosunki między okupantem a okupowanymi były coraz bardziej napięte. Wielu Żydów fantazjowało o zbrojnej rewolcie, która położyłaby kres okupacji rzymskiej. Wyczekiwali króla w stylu Dawida, który rozprawiłby się z rzymskim Goliatem.

 

W obliczu przedłużającego się kryzysu, wykrystalizowało się kilka scenariuszy rozwiązania tej trudnej sytuacji. Zeloci wzywali do zerwania z biernością i podjęcia akcji zbrojnej. Wierzyli, że jeśli Bóg zobaczy bojowe nastawienie swojego narodu oraz kilka poderżniętych rzymskich gardeł, da im wyzwoliciela, który poprowadzi Żydów do zwycięstwa. Sprzyjający zelotom, ale mniej radykalni faryzeusze nawoływali do rewolucji obyczajowej. Wierzyli, że jeśli naród będzie pokutował i przestanie tolerować pijaństwo, prostytucję, obżarstwo i okradanie świątyni z dziesięciny, a w miejsce tego zacznie skrupulatnie przestrzegać Prawa, Bóg pośle mu wyzwoliciela, który przepędzi Rzymian. Herodian i saduceuszy w przeciwieństwie do wspomnianych grup charakteryzował polityczny realizm. Twierdzili, że jakakolwiek zbrojna konfrontacja z Rzymem jest równoznaczna z samobójstwem i dlatego optowali za koegzystencją i współpracą. Tym, którzy oskarżali ich o kolaborację i pójście na kompromis, tłumaczyli, że trzeba być sprytnym i myśleć realistycznie. Poza tymi grupami była też mała zbiorowość esseńczyków, którzy wycofali się na pustynię, kultywując tam swoją pobożność i odcinając się od zamętu i kryzysu, w którym pogrążał się ich naród i spodziewając się ponadnaturalnej Bożej interwencji, w wyniku której prawdziwi Żydzi (tzn. oni) będą wybawieni, a odstępcy osądzeni wraz z poganami.

 

Jezus zna te oczekiwania, ale zdaje sobie sprawę, że jego posłannictwo jest inne. Tak, rzeczywiście został namaszczony przez Ducha, aby zwiastować ubogim wieśniakom dobrą nowinę, aby ogłosić jeńcom wojennym wyzwolenie, a ślepym uczonym w Piśmie i faryzeuszom przejrzenie, a uciśnionych wypuścić na wolność (Łk 4,18). Nie uczyni tego jednak w taki sposób jak oczekują tego jego rodacy. Nie wybierze żadnego z lansowanych wówczas programów politycznych, choć będzie do nich kuszony przez szatana.

 

Diabeł kusi go najpierw, by z kamienia uczynił chleb. Wiele przemawia za tym, że pokuszenia, z jakimi musi zmierzyć się Jezus nie mają jedynie osobistego i cielesnego wymiaru. Czy rzeczywiście można przypuszczać, by diabeł liczył na to, że Jezus użyje swej mocy by zaspokoić swoje egoistyczne pragnienia? Pokusa przypuszczalnie była bardziej subtelna i polegała na tym, że dokonując gospodarczego cudu odmieni los swojego ludu, a sam w łatwy sposób i bez niczyjego sprzeciwu obejmie władzę, zostanie obwołany królem. Że nie był to nieprawdopodobny scenariusz potwierdza późniejsze wydarzenie, kiedy po nakarmieniu 5000 ludzi chciano go obwołać królem. Jezus odrzuca jednak tę ekonomiczną opcję, wiedząc, że sama obfitość dóbr nie zapewni Bożemu ludowi przetrwania. W tym pokuszeniu wydaje się, Jezus odrzuca opcję saduceuszy, którzy rekrutowali się z wyższych warstw społecznych i z tego względu mogło im najbardziej zależeć na stabilnym wzroście gospodarczym. To im przypuszczalnie chce Jezus pokazać, ze nie samym chlebem żyje człowiek.

 

Drugie pokuszenie to zachęta do wybrania opcji zelotów. Jakąż niespodziankę sprawiłaby im historia, gdyby to teraz oni mogli mieć całą władzę i chwałę wszystkich królestw świata! Co jednak mogły oznaczać słowa szatana: „Jeśli więc Ty oddasz mi pokłon”? Czy było realne, aby Jezus w mgnieniu oka stał się satanistą? Przynęta diabła nabiera bardziej realnego kształtu, jeśli myśleć o niej jako pokusie, by ulec bałwochwalczej żądzy władzy politycznej i nacjonalizmowi. Jezus odrzuca możliwość ustanowienia swojego panowania, w taki sposób, jak robią to królestwa tego świata – przez przemoc. Tę pokusę Jezus odeprze ponownie w Getsemane, kiedy nie da się sprowokować Piotrowi do rozpoczęcia świętej wojny mówiąc: „Czy myślisz, że nie mógłbym prosić Ojca mego, a On wystawiłby mi teraz więcej niż dwanaście legionów aniołów? Ale jak by wtedy wypełniły się Pisma, że tak się stać musi?” (Mt 26,53). Gdyby Jezus wybrał drogę terroru zelotów, nie mógłby wypełnić misji cierpiącego sługi Pana.

 

Trzecia pokusa ma charakter religijny. Diabeł chciał, aby Jezus rzucił się ze szczytu świątyni, licząc na cudowne ocalenie ze strony Boga. W cudzie tym nie chodziło oczywiście o sztuczkę akrobatyczną, która uwiarygodniłaby status Jezusa jako cudotwórcy. Chodziło raczej o wyraźne nawiązanie do słów proroka Malachiasza: „Potem nagle przyjdzie do swej świątyni Pan, którego oczekujecie, to jest anioł przymierza, którego pragniecie. Zaiste, on przyjdzie – mówi Pan Zastępów. Lecz kto będzie mógł znieść dzień jego przyjścia i kto się ostoi, gdy się ukaże? Gdyż jest on jak ogień odlewacza, jak ług foluszników. Usiądzie, aby wytapiać i czyścić srebro. Będzie czyścił synów Lewiego i będzie ich płukał jak złoto i srebro. Potem będą mogli składać Panu ofiary w sprawiedliwości” (Mal 3,1-3). Czy nie są to dokładnie takie słowa jakie kierowali do Żydów faryzeusze i esseńczycy, przestrzegając przed nadchodzącym sądem, od którego ratunek może przynieść jedynie skrupulatne wypełnianie Prawa. Jezus podczas całej misji konsekwentnie pokazuje, że nie chce pełnić roli religijnego reformatora, pochłoniętego wypełnianiem rytualnych przepisów. Dał tego ostateczny dowód, kiedy wygonił przekupniów ze świątyni i gdy zapowiedział jej zburzenie.

 

Jezus ani nie dokonuje cudu ekonomicznego, ani nie wszczyna walki narodowo-wyzwoleńczej ani nie dokonuje przewrotu obyczajowo-religijnego. Nie przyjmuje żadnego z tych scenariuszy, który zapewniłby mu prestiż i chwałę. Zamiast tego wybiera drogę cierpiącego Sługi Pana, który utożsamia się z nędzą swojego ludu. Polityczny manifest Jezusa brzmi następująco (przytaczam fragmenty): Jeśli rzymski żołnierz uderzy Cię w policzek, nadstaw mu drugi. Jeśli przymusza Cię byś szedł z nim jedną milę, idź z nim dwie. Jeśli chce Ci zabrać szatę, daj mu i płaszcz. Pokój i bezpieczeństwo przyjdzie nie dzięki partyzanckim bojówkom, ale dzięki pokojowemu powstaniu tych, którzy miłują nieprzyjaciół i modlą się za tych, którzy ich prześladują. Sprawiedliwość dzieje się nie wtedy, gdy przestrzeganych jest 613 przepisów Prawa, lecz gdy bogacze dzielą się swym majątkiem z ubogimi, gdy nie zapomina się o sierocie i wdowie. Prawdziwy dobrobyt możliwy jest nie dzięki nieustannej akumulacji dóbr, ale dzięki ekonomii miłości, w której nikt nie nazywa swoim tego, co posiada.

 

Podobnie jak Jezus w I w. i my obecnie stoimy wobec kryzysu, który wykracza poza nasze ojczyste podwórko. Ten kryzys dotyka każdego mieszkańca globu i zagraża jego przetrwaniu. I podobnie jak Jezus i jemu współcześni stajemy przed pokusą, by szukać nadziei w politykach. Może pojawi się jakiś genialny finansista, który opanuje kryzys i wszyscy będą mieli wszystkiego pod dostatkiem. Może pojawi się jakiś silny przywódca, który zapewni nam pozycję hegemona. Może pojawi się jakiś reformator, który usunie niesprawiedliwość. Może pojawi się ktoś, kto wszystko za nas załatwi i znowu będzie dobrze.

 

Jezus wiedział jednak, że prawdziwe wyzwolenie może przynieść tylko Mesjasz cierpiący. Nie taki, który za pomocą cudownych mocy albo żelaznej pięści zaprowadza sprawiedliwość, dobrobyt i bezpieczeństwo, ale taki, który cierpi wraz z nami i pomaga nam zrozumieć i wypełnić Boże cele dla stworzenia. I my możemy okazać się zwycięzcami, jeśli tylko cierpimy razem z Nim. Globalny kryzys nie zakończy się w wyniku cudownych interwencji, ani w wyniku wygranej wojny z terroryzmem, tylko w wyniku powolnego przełamywania egoizmów wszystkich mieszkańców globalnej wioski. Zastanówmy się w tym czasie Wielkiego Postu, jakie scenariusze musimy odrzucić a jakie przyjąć, abyśmy mogli stać się godnymi szafarzami powierzonego nam świata. Co możemy zrobić, aby dobrobyt, harmonijne współżycie i bezpieczeństwo, były nie tylko naszym, ale też udziałem całego Bożego stworzenia? cdn.

 

Warszawa, 1 marca 2009

podziel się