Królestwo Boże w indiańskiej wiosce

Królestwo Boże w indiańskiej wiosce
przez

 

Indianie przybywają na wyspę… autobusem tzn. na brzeg rzeki. Do indiańskiej wioski dostają się katamaranem – to pierwszy moment, w którym trzeba zaufać – katamaran nie wygląda jak najpewniejszy środek transportu. Obsługujący go ‚tubylcy’ są raczej młodzi. Na pierwszy rzut oka widać, że w czasie przeprawy dno katamaranu jest zalane wodą. Na plaży po drugiej stronie czekają członkowie różnych plemion i witają ‚swoich’. Do obozowiska wiedzie z plaży pagórkowata droga przez mostek i lasek – przejście zajmuje pół minuty, z bagażami nieco dłużej, ale większość Indian przyjeżdżało na obóz z małą torbą albo z plecakiem szkolnym. Poza tym w transporcie bagaży pomagał sprytny wózek skonstruowany chyba specjalnie na potrzeby obozu – wysokie koła umożliwiały wjechanie do wody i przetransportowanie ładunku w dowolne miejsce. Poza tym wózek był też wykorzystywany dla zabawy (bo myśmy w ogóle dużo się tam bawili). Jeśli ktoś z Indian nie został przywitany przez członków swojego plemienia na plaży, to z pewnością stało się to przy wejściu do obozu. Niektórzy młodzi Indianie znali się ze szkoły albo z poprzednich obozów. Byli też tacy, dla których wszystko było nowe –  miejsce, ludzie, zwyczaje… ale nie na długo. Indiańska wioska to bezpieczne miejsce w którym szybko nawiązywane są relacje.

Zarówno z ‚ważatymi’ czyli wychowawcami jak i innymi współpemieńcami Indianie zapoznawali się bardzo szybko – cały pierwszy dzień był poświęcony poznaniu swoich imion i wybraniu (lub odkryciu) imion indiańskich. W każdym plemieniu działo się to nieco inaczej – wychowawcy mieli rozliczne sposoby witania dzieci i sprawiania, by czuły się wyjątkowo.

Wszyscy nocowali w 2-4 osobowych namiotach, które były rozbite wokół tipi – plemiennego wigwamu, miejsca spotkań.

Każdy Indianin musi mieć dużo siły – codziennie mieliśmy trzy podstawowe posiłki – śniadanie: chleb, masło, ser żółty, pasztet, dżem, pomidory, owsiankę oraz herbatę lub kakao; dwudaniowy obiad i kolację na ciepło. Po każdym dużym posiłku była przekąska – tzw. południk – owoc, jogurt lub sok z ciasteczkiem. Poza tym cały czas dostępna była zimna woda i herbata, którą przygotowywał jak co roku Francouis – najstarszy Indianin z naszej wioski, mający 82 lata(!). Ten obóz był w tym roku [2016] drugim z kolei – nasz turnus był przewidziany dla nastolatków, ale oprócz nich były na obozie dzieci z rodzicami, którzy byli zaangażowani w pracę na obozie. Najmłodsze z dzieci jeszcze się nie urodziło, a kolejne co do starszeństwa miało kilka miesięcy. W indiańskiej wiosce jak w rodzinie – są maleńkie dzieci, jest i dziadek. W sumie w czasie dwóch turnusów na wyspie przebywało 200 młodych Indian.

Pierwsze popołudnie naszego obozu minęło na wykonywaniu koszulek plemiennych – każde z dziesięciu plemion miało koszulki innego koloru. Na każdym tipi był inny symbol – np. orzeł, bizon, dłoń, jeleń – taki szablon dostało każde plemię i koszulka danego koloru miała ten sam symbol. Poza tym koszulki różniły się ozdobami, cięciami, frędzlami. Na koszulce przyszywaliśmy naszywkę z nazwą plemienia. Wieczorem każde plemię miało przedstawić się przed całą wioską. Przygotowania były intensywne, a to co plemiona zaprezentowały jest nie do opisania. Każda prezentacja była oryginalna i została ciepło przyjęta przez innych.

Indianie uczestniczący w obozie to nastolatki, które doświadczyły traumy – śmierci mamy lub taty, przemocy, biedy – w większości przypadków nie można było tego zauważyć, czasami dostawaliśmy informacje od kierownika obozu lub słyszeliśmy historie dzieci w czasie wieczornych rozmów w tipi. Jako opiekunowie, wychowawcy staraliśmy się zapewnić naszym poranionym Indianom poczucie bezpieczeństwa. Dość szalone były reguły panujące w naszej Indiańskiej Wiosce – liczba ‚ważatych’ w każdym plemieniu była pokaźna. Np. w Sioux’ach było 8 dziewczynek i 6 wychowawców. Może się to wydawać przesadą, ale dzięki temu możliwe było lepsze zatroszczenie się o dziewczynki, wychodzenie naprzeciw ich potrzebom. Możliwe było nawiązywanie indywidualnych relacji między dorosłymi a dziećmi, relacji opartych na zaufaniu. Te relacje były elementem budującym poczucie bezpieczeństwa – nie mniej ważnym niż spanie i jedzenie.

Codziennie po śniadaniu, do południa odbywały się warsztaty, przygotowane przez polską grupę – były wędki, filce – zabawki i futerały na komórkę, torby, rozmaitego rodzaju bransoletki, angry birds – wykonywanie ich i strzelanie z nich do celu, ważki i ludziki z koralików i sznurka, pacynki. Dzieci wybierały co chciały robić. Niektóre wykonywały w przeznaczonym czasie kilka rzeczy. Mali Indianie tworzyli piękne i oryginalne rzeczy – pewnie w większości przypadków nieświadomie doświadczali poczucia, które na porannych spotkaniach kadry Marek określał jako – „ja mogu”  – umiem, potrafię, jestem w stanie zrobić coś pięknego, coś fajnego, coś co mi się podoba i podoba się innym.

Ta sama idea przyświecała tzw. sprawnościom, które organizowane były po południu – między 16 a 18. Każdego dnia dane plemię mogło nauczyć się jednej z umiejętności, które kryły się pod nazwami: gotowanie, pływanie, strzelanie z łuku, węzły, pierwsza pomoc, wyprawa.

Zaliczenie sprawności oznaczało zdobycie naszywki-odznaki, która po przyszyciu do koszulki pozwalała zdobyć od wychowawcy kilka SunShineBugs’ów. SunShineBugs to waluta obowiązująca na obozie – Indianie zdobywali je za rozmaite działania i osiągnięcia, a po obiedzie mogli wydać je w indiańskim sklepiku.

Jeśli tylko pogoda sprzyjała dużo czasu spędzaliśmy na plaży i w rzece, pod czujnym okiem ratownika i jego pomocników – wychowawców stojący w wodzie, a też trojga dorosłych, którzy dbali o ‚gorkę’ tzn. olbrzymią dmuchaną zjeżdżalnię, która cieszyła się dużym powodzeniem wśród Indian w niemal każdym wieku.

Po kolacji odbywało się wieczorne spotkanie – ‚wieczornaja programma’, przygotowywana przez Alisę i Tim’a – tematami tych spotkań były: przyjaźń, miłość, strach, jedność, zbawienie. Na każdym spotkaniu śpiewaliśmy pieśni o Bogu, oglądaliśmy tematyczną scenkę (często zupełnie fantastyczną – w wykonaniu ukraińskiej grupy, w reżyserii Alisy), słuchaliśmy Słowa, wskazany był werset biblijny do nauki na następny dzień. Potem rozchodziliśmy się do tipi, gdzie kontynuowaliśmy rozmowy. Spotkania w tipi często przedłużały się. W niejednym tipi paliło się ognisko. Niektóre wieczory przynosiły łzy – zarówno łzy bólu jak i łzy radości. Tipi było takim bezpiecznym miejscem, w którym można było się wypłakać. Jednego wieczora dzieci zostały zaproszone do modlitwy o to by Pan Jezus zamieszkał w nich. Wiele odpowiedziało.

Te spotkania w tipi, w małych grupach, umożliwiały osobiste rozmowy, dawały również szansę budowania poczucia własnej wartości dzieci. Jak to Marek mówił, poczucie własnej wartości to z jednej strony „to co ja o sobie myślę” a z drugiej strony „to, co myślę, że inni myślą o mnie”. Czas w tipi był jedną z możliwości mówienia dzieciom dobrych rzeczy, które o nich myślimy.

Wychowawcy – ‚ważaty’ zaczynali dzień spotkaniem o 7 rano. Ktoś dzielił się Słowem – na przemian była to osoba z polskiej i ukraińskiej grupy. Modliliśmy się razem. Marek przypominał nam o bezpiecznym miejscu, dobrych relacjach i poczuciu sprawczości ‚ja mogu’. W kolejnych dniach mówił o innych rzeczach, na które powinniśmy zwracać uwagę: byciu dostępnym dla dzieci, byciu cierpliwym – im dłużej obóz trwał tym było to coraz trudniejsze i o empatii – która jest umiejętnością poczucia tego, co czuje drugi człowiek.

W ostatni dzień obozu – tradycyjnie już –  odbył się wieczór talentów. Kolejna okazja podziwiania twórczości, kreatywności, zupełnie nieprawdopodobnych scenek i skeczy przygotowanych przez indiańskie plemiona. Przygotowania do występów trwały cały dzień, a radość z tego wieczoru była ogromna – zarówno z występowania jak i oglądania innych.

W dniu wyjazdu dobył się ostatni warsztat z ramkami fotograficznymi – każdy dostał trzy zdjęcia – swoje, swojego plemienia i całego obozu – mógł przytwierdzić zdjęcia do ramki, ozdobić ją, zebrać autografy. Zatańczyliśmy jeszcze raz taniec belgijski, który i na tym obozie podbił serca uczestników, Marek powiedział słowo końcowe, pomodliliśmy się razem i odprowadziliśmy naszych małych Indian na plażę, skąd katamaranem przeprawili się na stały ląd.

Obozy na tej pięknej wyspie organizowane są od lat – tę pracę zaczęli i kontynuują ‚nasi’ Marek i Natalka Wnuk, przy wsparciu pracowników domu dziecka Sunshine i kilkudziesięciu ukraińskich wolontariuszy z różnych kościołów – ludzi, których zaangażowanie, poświęcenie, twórczość jest zawsze najwyższej, wręcz „niemożliwie wysokiej” jakości. Na każdym turnusie są też wolontariusze z zagranicy: Niemiec, Szwajcarii, USA, Izraela. Od 2010 roku na jeden z turnusów przyjeżdża grupa z Polski. Tegoroczna polska drużyna to: Małgosia – kierująca grupą, pastor Włodek, Krzyś, Justyna, Żaneta, Ania, Daniel i Sylwia, Angelika, Marta, Dorota, Sylwia – lekarz, Wojtek – ratownik oraz Natek, który ostatecznie nie mógł być z nami na Ukrainie, ale cały wyjazd przygotował zapinając wszystko na ostatni guzik.

Wiele osób przykłada rękę do tej pracy składając ofiary, przekazując środki – zorganizowanie całego obozowiska wiąże się z niemałymi kosztami i od lat Zbór Nowe Życie zbiera środki z różnych stron i kontynentów przekazując je Markowi. Bycie na tym obozie – choć nie pozbawione niedogodności – jest wielkim przywilejem.

Ta indiańska wioska jest Królestwem Bożym przychodzącym na ziemię – Królestwem Bożym, które jest bezpiecznym miejscem, w którym nawiązuje się dobre relacje, w którym człowiek doświadcza poczucia sprawczości ‚ja mogu’ – mogę tworzyć piękne rzeczy, mogę być przyjęty i zaakceptowany ‚tak po prostu’ – dlatego, że jestem, a to buduje poczucie własnej wartości. I dotyczy to Indian w każdym wieku.

Wieczorem jednego z ostatnich dni obozu dziewczynka przytulona do jednej z wychowawczyń powiedziała ‚Ciociu, jak ty ładnie pachniesz’. Na zdziwioną minę cioci, dodała: „pachniesz dobrem”.

To jest zapach indiańskiej wioski. To jest zapach Królestwa.

Dorota Hury

fot. Katya Selezneva

__

podziel się