NASZA DROGA DO BOGA

POZNAJ NASZE HISTORIE


Bóg zmienił nasze życie

Jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem: stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. – 2 Kor. 5,17

To, co za chwilę przeczytasz to prawdziwe historie prawdziwych ludzi, żyjących w prawdziwym świecie. Chociaż się różnimy, każdy z nas zadał sobie w którymś momencie naszego życia takie same pytania:

  • Jaki jest prawdziwy sens życia?
  • Czy życie polega na czymś więcej?

Niektórzy z nas mieli dobre życie. Byliśmy porządnymi ludźmi, nikomu nic złego nie zrobiliśmy i jedyne czego pragnęliśmy to szczęścia. Inni wiele w życiu przeszli. Doświadczyli przemocy i krzywdy. Niektórzy byli uzależnieni od substancji odurzających i prowadzili rozwiązłe życie. Niezależnie od naszej przeszłości i życiowych doświadczeń, wszyscy doszliśmy do takiego miejsca, w którym odczuliśmy potrzebę zapełnienia pustki w naszym sercu. Najprościej mówiąc – potrzebowaliśmy pomocy i Bóg zadziałał. Oto nasza historia…

Wydawało mi się, że ja nie potrzebuję nawrócenia, bo ja byłam zawsze tym grzecznym dzieckiem, nie sprawiającym problemów, nie zadawałam się ze złym towarzystwem, nie miałam do siebie żadnych uwag.

Historia mojego spotkania z Bogiem rozpoczyna się od moich dziadków. Moi dziadkowie pochodzili z rodzin katolickich – z jednej i z drugiej strony – ale mieszkając na wsiach jeszcze przed wojną, gdzie było duże przebudzenie, spotkali wędrownych kaznodziejów i usłyszeli Ewangelię. Wiem, że mój dziadek, ojciec mojej mamy, miał zawsze dużo pytań dotyczących Boga, ale nigdy nie uzyskał na nie odpowiedzi od księdza, który uważał, że chłopi nie muszą za dużo wiedzieć ani myśleć. A jego to nurtowało i właśnie taki wędrowny kaznodzieja odpowiedział na jego pytania i dziadek przeżył nowonarodzenie. Babcia, której się to bardzo nie podobało, próbowała go kiedyś przeklnąć gdy wrócił z nabożeństwa i modlitwy. Bóg jej w tym przeszkodził i jasno powiedział, że nie pozwala użyć jej takich złych słów, bo dziadek jest Jego dzieckiem – babcia straciła głos na kilka dni. Wśród takich historii wychowywałam się, wśród ludzi wierzących.

Przez kilka lat mieszkałam nad zborem, bo moi dziadkowie prowadzili też zbory. Jeden z dziadków prowadził Zbór w Świnoujściu, drugi dziadek, jak wrócili zza Buga, po wojnie otwierał zbory w okolicach Poznania. Wzrastałam w środowisku chrześcijańskim. Widziałam na co dzień moc Boga, uzdrowienia, nawrócenia – dla mnie to było takie naturalne. I nie tylko obserwowałam. Bóg dotykał również mnie, odpowiadał na moje modlitwy. Oczywiście chodziłam do Szkoły Niedzielnej, uczyłam się wierszyków, co teraz, po latach, doceniam. Nigdy nie miałam problemu z zaakceptowaniem, że Bóg istnieje, dla mnie Bóg zawsze był realny. Uczestniczyłam również w nabożeństwach ewangelizacyjnych, gdzie ludzie się nawracali. Spora grupa narkomanów nawróciła się w latach osiemdziesiątych w naszym zborze w Szczecinie, gdzie widziałam jak Bóg wyzwalał ich z grzechów i nałogów.

Widziałam tę moc Bożą, ale nigdy nie brałam tego do siebie. Wydawało mi się, że ja nie potrzebuję nawrócenia, bo ja byłam zawsze tym grzecznym dzieckiem, nie sprawiającym problemów, nie zadawałam się ze złym towarzystwem, nie miałam do siebie żadnych uwag. Bóg dotknął mnie na piątkowym – nawet nie niedzielnym ani ewangelizacyjnym – zwykłym nabożeństwie, gdy miałam około 13 lat. Pokazał mi, że moje serce wcale nie jest takie czyste, piękne i cudowne jak mi się wydaje, i że ja również potrzebuję Bożego oczyszczenia i Bożej obecności w swoim życiu, że ja również potrzebuję zbawienia. Wtedy zrozumiałam, że nie trzeba być strasznie wielkim grzesznikiem, bo każdy człowiek potrzebuje oczyszczenia z grzechów i przebaczenia. Przyjęłam Jezusa do swojego serca, przeprosiłam za grzechy i poprosiłam o Jego prowadzenie. Po jakimś czasie zapragnęłam wziąć chrzest, który przyjęłam w Morzu Bałtyckim w Świnoujściu, bo nie mieliśmy baptysterium.

Od tego czasu minęło ponad 25 lat i Bóg jest cały czas ze mną. Cały czas mnie dotyka i uczy. Życie przynosi ze sobą różne miłe i niemiłe sytuacje. Był czas, gdy nie zgadzałam się z Bożymi planami, gdy oddalałam się od Boga i myślałam, że tym razem On mnie już nie przyjmie. Jednak Bóg cały czas nas kocha, woła i nie rezygnuje – czego sama jestem najlepszym dowodem. „Gdyż jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła mnie odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, moim Panu” (Rzymian 8,38-39). Ten werset mi towarzyszy w każdej chwili życia.

Moje życie było grą w drabinę i węże: idzie się po drabinie w górę, a gdy natrafi się na węża – spada się w dół. Miałam wrażenie, że jak zrobię jakiś dobry uczynek, to moja punktacja idzie do góry i zbliżam się do Boga, jak zrobiłam coś nie tak, to znowu w dół – i tak w kółko bez faktycznego postępu.

Moje nawrócenie nie było spektakularne. Gdyby przełożyć je na język filmu, nie byłoby to kino akcji, nic by się tam dramatycznego nie działo. Od dzieciństwa było dla mnie oczywiste, że Bóg istnieje, zawsze w to wierzyłam, zawsze chciałam, by moje życie Mu się podobało. Po części zawdzięczam to mojej mamie, która była taką twardą kobietą ze Wschodu i zawsze powtarzała, że człowiek musi mieć wiarę w Boga po to, by mieć jakiś kręgosłup w życiu, nie być chorągiewką na wietrze; dbała o to, byśmy chodzili do kościoła; co wieczór klękałyśmy przy łóżku i zmawiałyśmy razem pacierz. Mój dziadek też był surowy i bogobojny, często modlił się. Wierzę, że Bóg wysłuchuje modlitwy dziadków, rodziców, że to wszystko później spływa na nas.

Chciałam być gorąca dla Boga, miałam świadomość istnienia Boga, nawet nie przeżyłam buntu, gdy byłam nastolatką. Będąc w szkole średniej rozważałam poważnie pójście do takiego zakonu, w którym siostry chodziły bez habitu i pełniły misję wśród ludzi. Bardzo mi się to podobało. Niestety rodzice odkryli moją korespondencję i była wielka awantura, bo moja mama, choć bardzo wierząca, uważała, że nie święci garnki lepią i co za dużo to niezdrowo. W każdym razie chciałam być lekarką albo misjonarką.

Uważałam się za wierzącą, wykonywałam to, co do mnie należało: chodziłam do kościoła regularnie. Mimo to miałam wrażenie, że Bóg jest gdzieś daleko, gdzieś w kosmosie, a moja egzystencja jest dla Niego obojętna, nie odzywa się do mnie, nic Go nie obchodzę, między nami jest szklana ściana. Jakoś nie czułam tego Boga, a bardzo mi na tym zależało. Ponieważ byłam bardzo głodna, zaczęłam szukać miejsc, gdzie – jak mi się wydawało – znajdę Boga. Interesowałam się różnymi filozofiami, zaczęłam uprawiać jogę. Znałam księdza, który interesował się psychotroniką i miał różne przedziwne umiejętności. Spowiedź u niego była dramatycznym przeżyciem, bo patrzył w oczy i mówił „a jeszcze ten grzech i ten, i ten”. Bóg był dla mnie nadal odległy i zaczęło we mnie narastać poczucie rozczarowania i frustracji, że poznanie Boga jest zarezerwowane dla wąskiego grona szczęśliwców. Przeżyłam nawet epizod z Oazą i pielgrzymką do Częstochowy, gdzie również doznałam rozczarowania, zwłaszcza pod koniec, gdy pomyślałam „czy to wszystko???”. Moje życie było grą w drabinę i węże: idzie się po drabinie w górę, a gdy natrafi się na węża – spada się w dół. Miałam wrażenie, że jak zrobię jakiś dobry uczynek, to moja punktacja idzie do góry i zbliżam się do Boga, jak zrobiłam coś nie tak, to znowu w dół – i tak w kółko bez faktycznego postępu.

Po maturze wyprowadziłam się z domu, zamieszkałam z babcią, wtedy zaczęłam się bardzo intensywnie modlić i wołać do Boga „Panie, jeśli naprawdę jesteś, to objaw mi się, pokaż się, odezwij się do mnie, pozwól się dotknąć”. Wkrótce potem na Uniwersytecie podczas zajęć z literatury przez uchylone okno zaczęły dochodzić jakieś śpiewy. Profesor stwierdził, że znowu jacyś żałośni chrześcijanie śpiewają, a mnie to zaintrygowało i po zajęciach podeszłam do nich. Okazało się, że była to grupka Polaków i Amerykanów z ChSA – Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Akademickiego. Mówili o Bogu w sposób naturalny jak o bliskiej Osobie. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, których spotykałam do tej pory. Oczywiście uważałam się wtedy za wierzącą i chciałam im pomóc np. roznosić Biblię. Wkrótce jedna z tych osób skontaktowała się ze mną z prośbą o spotkanie. Od razu poczułam, że to odpowiedź Boga na moje modlitwy i On coś dla mnie ma. Spodziewałam się długiego wykładu, tymczasem ta osoba opowiadała mi o sobie i swoim spotkaniu z Bogiem. To było to, czego potrzebowałam, siedziałam zasłuchana. Dzięki niej wreszcie uświadomiłam sobie, że wiara nie polega na spełnianiu określonych uczynków, lecz chodzi o głęboką relację z żywym Bogiem. Kiedy pod koniec padło wezwanie, czy chcę poświęcić moje życie Jezusowi, odpowiedź przyszła natychmiast: „Tak, oczywiście chcę!”.

Zaczęłam chodzić na spotkania. To było dziwne, bo raczej jestem ostrożna i muszę wszystko przeanalizować, przemyśleć, zanim podejmę decyzję. A tymczasem nawet nie zapytałam się skąd są, z jakiego kościoła, co jest u mnie dość nietypowe. Wystarczyło mi, że te osoby żyją blisko Boga.

Początkowo moi rodzice przyjęli moje deklaracje z pobłażliwym uśmiechem „to wspaniale, cieszymy się, że Bóg stał się tobie taki bliski!”. Myśleli, że jest to kolejny etap ewolucji ich córki. Ja nadal chodziłam na msze do kościoła katolickiego i jednocześnie na różne spotkania; byłam jedną nogą tam, drugą tu. Trwało to dłuższy czas. W pewnym momencie pojechałam na spływ kajakowy z tymi ludźmi. Tam uderzyło mnie to, czego nie doznałam wśród moich starych znajomych, którzy mówili święte słowa, ale brakowało im świętych czynów: mówili jedno, robili drugie. A tu spotkałam ludzi, którzy żyli tym, co głosili. Jeździłam z nimi w góry i w sytuacjach skrajnego zmęczenia mogłam obserwować ich reakcje. Gdy jest się zmęczonym, wychodzi prawdziwa natura człowieka. A ci ludzie byli bardzo mili, opiekuńczy, modlili się, czytali Biblię; oni naprawdę żyli tym, co głosili – ich życie było kazaniem. Moje życie duchowe doznało przyśpieszenia i przeżyłam wiele zaskoczeń. Na jednym z takich wyjazdów zostałam ochrzczona Duchem Świętym – myślałam, że uległam zbiorowej psychozie i uciekłam z tego spotkania ze wstydu, że tak łatwo się poddałam jakimś manipulacjom. Wiele osób przekonywało mnie do przyjęcia chrztu, ale ja nie miałam przekonania. Któregoś dnia na grupę domową, która odbywała się u mnie w domu, przyszedł tylko pastor. Nikt inny się nie pojawił, więc mogłam porozmawiać o chrzcie, przekonałam się do tego. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęły się pojawiać różne problemy w moim życiu. Moi rodzice, dotychczas bardzo pobłażliwi, byli już mocno zaniepokojeni moim zaangażowaniem i kierunkiem w jakim zmierzam. Uważali, że trafiłam do jakiejś sekty, a mama powiedziała, że jeśli zdecyduję się na chrzest, to koniec – nasze relacje się zakończą i nie będę jej córką. Nie podobał jej się fakt, że spotykam się z wierzącym chłopakiem, próbowała nawet podsyłać mi różnych „dobrych katolików”. Na szczęście Bóg tak mądrze zadziałał, że wysłał moich rodziców na placówkę za granicę, bo nie wiem jak by się to wszystko potoczyło. Osoby dotąd życzliwe zaczęły się ode mnie odwracać i traktować jak „młodzieżowy moher”, najbliższa przyjaciółka po zaproszeniu do Zboru zerwała ze mną kontakt, a potem stała się liderką sekty New Age w Polsce. Zaczęłam mieć też problemy zdrowotne, między innymi dowiedziałam się, że być może nie będę mogła mieć dzieci, ale Pan Bóg zdecydował inaczej.

Pomimo tego, że spadły na mnie liczne doświadczenia, miałam w tym wszystkim niesamowity spokój. Na przykład mój syn trafił na krótką obserwację do szpitala i lekarze orzekli u niego porażenie mózgowe. W tym czasie wiele osób modliło się o nas. Wraz z mężem byliśmy świadomi powagi sytuacji, ale mieliśmy w tym ogromny i nienaturalny pokój. Czuliśmy się niesieni przez modlitwy ponad tę sytuację. Przyszedł czas na kolejne badania i po nich lekarka stwierdziła, że musiała zajść ogromna pomyłka, bo dziecko jest zupełnie zdrowe i ona nie rozumie, jak można było wydać wcześniej taką diagnozę. Myślę, że Bóg po prostu wysłuchuje modlitwy, więc warto i trzeba się modlić. W tych wszystkich utrapieniach wiedziałam, że Bóg mnie nie opuści, dlatego mogłam je przechodzić inaczej niż wcześniej.

Patrząc wstecz z perspektywy czasu, widzę tych wszystkich ludzi, którzy mi zwiastowali Ewangelię, modlili się o mnie i ze mną, byli przy mnie; ci ewangeliści – jak ich nazywała moja mama, która ich bardzo nie lubiła; podsuwali mi książki, dbali o mnie – teraz znajdują się w różnych zakątkach świata, odpłynęli, są w różnych zakątkach świata, role się odmieniły i teraz ja muszę się o nich modlić. Teraz są takie czasy, gdy trudno jest ciągle biec i nie odpaść od Boga, stoczyć bój i dobiec do końca. Ostatnio przeżywam znaczenie takich prostych prawd, że łatwo jest wykrzykiwać imię Boże w chwilach uniesienia, ale dużo trudniej jest trwać przy Nim w codziennych trudnościach dzień po dniu. Jakie ważne jest po prostu czytanie Biblii i modlitwa o siebie nawzajem.

Kiedy przeżywałam swój chrzest, towarzyszyły mi słowa, które ponownie są dla mnie ważne. To fragment z Listu do Efezjan 6:13 – o chrześcijańskiej zbroi. Musimy być bardzo czujni i bojować o siebie nawzajem i o swoją zbroję: „Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim weźcie tarczę wiary, którą będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego; weźcie też przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo Boże. W każdej modlitwie i prośbie zanoście o każdym czasie modły w Duchu i tak czuwajcie z całą wytrwałością i błaganiem za wszystkich świętych”.

Próbowałem różnych rzeczy, żeby zaspokoić moje wewnętrzne poszukiwania, wpadłem w nieciekawe towarzystwo, spróbowałem alkoholu, narkotyków: marihuany, haszyszu, ale to wszystko było pustką. Nie dawało mi sensu życia, prowadziło donikąd.

Urodziłem się w małym miasteczku Głubczyce. Moja rodzina rozpadła się dość wcześnie, bo gdy miałem pięć lat, mój ojciec rozwiódł się z moją matką, która nie potrafiła sobie ze sobą poradzić, zaś moim wychowaniem zajęła się babcia. Babcia na siłę ciągnęła mnie do zboru i chodziłem do tego zboru jako dziecko, ale wynajdowałem tysiące pretekstów, żeby tam nie iść. Z rana zawsze coś mnie bolało, źle się czułem, zaspałem.

Gdy po jakimś czasie pojawiła się możliwość wyjazdu na obozy chrześcijańskie do Czarkowic, zostałem przymuszony do pojechania na obóz. Tam po raz pierwszy usłyszałem, że jestem osobą wartościową w oczach Boga, że On mnie kocha, może zmienić moje życie, a to wszystko może inaczej wyglądać. Zapragnąłem wtedy, żeby moje życie należało do Boga. Obóz trwał dwa tygodnie, było fantastycznie, moje życie się zmieniło.

Wróciłem pełen optymizmu i siły do zboru. Ale z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc to wszystko zaczęło schodzić w dół i tak naprawdę znów byłem daleko od Boga. Gdy znowu organizowano obóz, jechałem tam, przeżywałem coś z Bogiem, a potem odchodziłem od Boga coraz dalej i dalej. Im więcej razy próbowałem, tym moje życie stawało się gorsze.

W pewnym momencie zacząłem zaliczać się do młodzieży. Patrząc na młodzież myślę, że jest to najtrudniejszy okres w życiu. Próbowałem różnych rzeczy, żeby zaspokoić moje wewnętrzne poszukiwania, wpadłem w nieciekawe towarzystwo, spróbowałem alkoholu, narkotyków: marihuany, haszyszu, ale to wszystko było pustką. Nie dawało mi sensu życia, prowadziło donikąd. Szukając sensu życia spróbowałem wschodnich sztuk walki. Myślałem, że za jakiś czas będę jeździł na zawody, będę je wygrywał w większym lub mniejszym stopniu i to mnie zaspokoi, sprawi, że będę miał jakiś kierunek życia i sens. Ale im więcej tego próbowałem, tym bardziej okazywało się puste – nie dawało mi sensu życia ani celu. Nie było tym, czego tak naprawdę w życiu potrzebowałem. Kiedy dotarłem do takiego mojego dna, zacząłem modlić się, bo nie byłem sobie w stanie wyobrazić, że tyle razy próbowałem się podnieść i zawiodłem, tyle razy próbowałem zmienić coś w swoim życiu i się nie udawało. Zacząłem mówić „Boże, ja się do niczego nie nadaję, chciałbym Ci służyć, ale tyle razy wyciągałeś do mnie rękę, a ja upadałem”. Pamiętam, modliłem się z taką niewiarą. Pojawił się wtedy w zborze lider młodzieżowy, który zaczął ze mną rozmawiać, a w moim życiu powolutku zaczęło się coś zmieniać. Dotarło do mnie, że nie jest ważne dla Boga, ile zawiniłem, ile razy próbowałem się podnieść i mi się nie udawało, ale On teraz wyciąga do mnie swoją dłoń i chce zmienić moje życie. Wtedy moje życie zaczęło się zmieniać diametralnie. Ta czarna owieczka, która chodziła do zboru, bardzo czarna, bo babcia za uszy musiała ciągać na nabożeństwa, gdzie – można powiedzieć – wszyscy wiedzieli kim ja byłem, nagle zaczęła się niesamowicie zmieniać, bo przestałem przeklinać, co wcześniej było na porządku dziennym, już nie było narkotyków, alkoholu. Moje życie nabrało sensu i celu, wiedziałem po co jestem w tym miejscu, co robię, dokąd zmierzam. Rówieśnicy, z którymi się spotykałem, też widzieli całkowitą zmianę mojego postępowania.

Moje losy tak się potoczyły, że lider młodzieżowy wyjechał, a ja zacząłem zajmować się młodzieżą. Potem studiowałem w WST, a po studiach wyjechałem z żoną na misję do Łękini, gdzie pracowaliśmy z ludźmi uzależnionymi. Poznałem tam wielu ludzi, którzy mieli takie samo przeżycie jak ja, zgubili się totalnie i żyli bez nadziei dla siebie. To byli ludzie, którzy przez wiele lat byli w nałogu; przychodził Chrystus i całe ich czarne życie zmieniał w biel. To byli ludzie, którzy żyli ze zbierania haraczy, łamali ludziom nogi. Takie osoby nawracały się i mówiły „powiedz mi więcej o Jezusie, powiedz mi więcej o Bogu”. Bóg jest dobry, że przebacza i jest naprawdę wspaniały. Bez względu na to co robimy, co zrobiliśmy, Bóg nas kocha i może zawsze zmienić nasze życie.

Przez dłuższy czas nie pozwalałam Bogu zapanować nad moim życiem. Uważałam, że nawrócenie jest dla narkomanów, alkoholików i ludzi z poważnymi problemami.

Wychowywałam się w kochającej rodzinie rzymskokatolickiej. Naszym problemem nie był brak miłości, lecz nieumiejętność jej okazywania. Czasy kryzysu utrudniające normalne życie, sprzyjały napięciom i nieporozumieniom w moim domu. W wieku 8 lat rozpoczęłam naukę w szkole sportowej. Trenowałam pływanie. Początkowa zabawa szybko przekształciła się w bardzo wyczerpującą fizycznie pracę. Całymi dniami przebywałam poza domem. Nawet wakacje wypełnione były zawodami, zgrupowaniami i obozami. Dzieciństwo spędziłam w zasadzie z dala od moich rodziców i dwóch starszych sióstr. Rosnąca coraz bardziej potrzeba miłości, przyjaźni i akceptacji nie mogła być zaspokojona nawet w grupie rówieśników, w szkole sportowej bowiem wszechobecna jest rywalizacja, porównywanie się i związane z tym frustracje i złość.

Przez wszystkie te lata zagrożone było we mnie poczucie własnej wartości, nie akceptowałam swojego życia, a także samej siebie. Rosły we mnie kompleksy. Gdy poszłam do szkoły średniej, bardzo chciałam nadrobić braki intelektualne i kulturalne ze szkoły podstawowej. Myślałam, że w ten sposób dorównam moim kolegom, stanę się dla nich bardziej atrakcyjna i tym samym dla samej siebie. Zaczytywałam się w ambitnej literaturze i kilka razy w tygodniu bywałam w teatrze. Jednak kompleksy nadal nie pozwalały mi na nawiązanie normalnych relacji z innymi ludźmi. Powierzchownie byłam osobą towarzyską, tryskającą humorem, zaś wewnątrz czułam pustkę i ogromną potrzebę miłości.

Za sprawą mojej najstarszej siostry Moniki poznałam grupę wierzących chrześcijan. Bardzo lubiłam wśród nich przebywać. W zborze otaczała mnie atmosfera akceptacji i żywego zainteresowania moją osobą. Widziałam też wzajemną miłość zborowników. To mnie urzekało, było jak balsam na moją chorą duszę. Jednak przez dłuższy czas nie pozwalałam Bogu zapanować nad moim życiem. Uważałam, że nawrócenie jest dla narkomanów, alkoholików i ludzi z poważnymi problemami. Ale pewnego wieczoru trafiłam na ewangelizację. Tego dnia Bóg w szczególny sposób dotknął mojego serca, dotarło do mnie, że Jezus z miłości DO MNIE poszedł na krzyż. Otoczyła mnie Boża obecność a z moich oczu polało się morze łez. Jeszcze nigdy w życiu tak nie płakałam. Z mojego serca spadł ogromny ciężar. Jezus zdobył mnie Swoją miłością. On stał się dla mnie źródłem akceptacji i miłości do samej siebie. Kocham Go i jestem Mu wdzięczna za to, co dla mnie uczynił.

Podczas czytania Nowego Testamentu doznałam olśnienia, objawił mi się zupełnie inny Bóg, taki w którym mogłam się zakochać, taki który w zasadzie niczego poza wiarą nie oczekuje. Bóg dla ludzi, Bóg człowiek.

Zostałam wychowana na osobę religijną. Do 6-go roku życia zajmowały się mną babcia i ciocia, która z uwagi na pozostawanie na rencie poświęcała mi niemal 24 godziny na dobę.

Ciotkę pamiętam zawsze z Biblią w ręku, pamiętam, iż dużo czasu poświęcała na modlitwę i rozmowy na temat wiary. To od niej otrzymałam przekaz, że należy mieć ograniczone zaufanie do osób duchownych, bo w Biblii napisano o nich, że chodzą w długich szatach z frędzlami, okradają wdowy i myślą tylko o sobie.

Najbliższe mi osoby pochodziły z Bieszczad. Po wojnie, w procesie przesiedleńczym znalazły się na Pomorzu. W miejscu z którego pochodziły, żyli obok siebie ludzie o różnych poglądach religijnych (grekokatolicy, rzymscy katolicy, prawosławni, żydzi i baptyści).

Moja prababka przez czas jakiś uczęszczała na spotkania do baptystycznej społeczności – od niej otrzymała pierwszą Biblię.

Sprawy wiary, Boga, życia po śmierci interesowały mnie od zawsze. Świadomie zaczęłam zgłębiać temat w okresie liceum, często chodziłam do spowiedzi, wywiązywałam się z większości katolickich obowiązków (msze, posty piątkowe, komunia, udział w procesjach itp.)

Moje myśli zaprzątała „Boża niesprawiedliwość” w kontekście pośrednictwa kapłana w przebaczeniu grzechów i daremności czynienia odpustów (bo tak czy owak najwyżej miałam szansę na czyściec). Wówczas to postanowiłam samodzielnie czytać Biblię, z przeświadczeniem, że lektura Bożego Słowa powinna rozwiać moje wątpliwości.

Podczas czytania Nowego Testamentu doznałam olśnienia, objawił mi się zupełnie inny Bóg, taki w którym mogłam się zakochać, taki który w zasadzie niczego poza wiarą nie oczekuje. Bóg dla ludzi, Bóg człowiek.

Treść tego co czytałam burzyła znany mi porządek, moimi odkryciami dzieliłam się ze swoim spowiednikiem, który pomimo doktoratu z filozofii nie potrafił wyjaśnić mi potrzeby spowiadania się u kapłana, pośrednictwa świętych, kultu Marii i wielu innych rzeczy.

W tym czasie, kiedy czytałam Biblię, analizowałam swoje życie, postawy a przede wszystkim doktryny Kościoła Katolickiego, które nie korespondowały z jasnym przekazem Bożego Słowa.

Podczas ostatniej w moim życiu spowiedzi, wraz z moim spowiednikiem poświęciliśmy mnóstwo czasu na rozmowę o doktrynach katolickich. W odpowiedzi na swoje wątpliwości usłyszałam, że powinnam odmówić dwie dziesiątki różańca.

Usiadłam w kościelnej ławce i chciałam odprawić zadaną pokutę. Czułam jednak ogromny opór, nie mogłam modlić się niezgodnie z moimi przekonaniami. W pewnym momencie usłyszałam wyraźny Głos, który powiedział mi: „Wyjdź stąd i nie wracaj więcej”. Posłusznie wyszłam z kościoła i ku swojemu zdziwieniu doznałam uczucia ogromnej ulgi

Niedługo potem, Duch Święty sprawił tak, że na lekcjach historii omawiany był okres Reformacji. Poszukałam w bibliotece czegoś więcej na ten temat i odkryłam, że poglądy Reformatorów zgadzały się z tym, do czego ja doszłam.

W kolejną niedzielę udałam się na nabożeństwo do Kościoła Chrystusowego (adres znalazłam w książce telefonicznej), tam spotkałam ludzi, którzy tak jak ja czytali Biblię i w niej szukali odpowiedzi na dręczace ich pytania, ludzi, kótrzy bezpośrednio zwracali sie do Boga, nie korzystając z pośredników. Dzięki nim zrozumiałam, że jestem członkiem Bożej rodziny, ktorej celem jest życie wieczne z Nim.

Moja droga z Bogiem trwa nadal i chociaż czasami ogarnia mnie zwątpienie a współczesny świat nie sprzyja chrześcijaństwu, wierzę, że uda mi się wytrwać do końca.

Prawdziwym bogiem mojego życia było dżudo, które zaczęłam ćwiczyć już w 3 klasie szkoły podstawowej i w którym zaczęłam odnosić pierwsze sukcesy medalowe już po trzech miesiącach trenowania. Wszystko było podporządkowane jedynie temu. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia.

Urodziłam się w typowej, polskiej rodzinie, praktykującej swoją wiarę jedynie w święta, śluby i pogrzeby. O Bogu słyszałam na lekcjach religii, które trzeba było odbębnić, bo coś tam od tego zależało i tak po prostu trzeba było. Prawdziwym bogiem mojego życia było dżudo, które zaczęłam ćwiczyć już w 3 klasie szkoły podstawowej i w którym zaczęłam odnosić pierwsze sukcesy medalowe już po trzech miesiącach trenowania. Wszystko było podporządkowane jedynie temu. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Uczyłam się dobrze, bo od tego zależało moje być albo nie być na macie. W wieku 12 lat miałam zaplanowane całe życie – wiedziałam, że pójdę do liceum sportowego, potem na AWF, a po studiach będę pracować jako trener. Wiedziałam nawet jak zostanę pochowana – w kimonie, z medalami na szyi i dyplomami pod pachą, jakże by inaczej?

Marzenia legły w gruzach, kiedy miałam 13 może 14 lat. Na zawodach w finałowej walce rzuciłam na matę dziewczynę, uszkadzając kręgosłup i jej, i sobie. Mimo ogromnego bólu nie poszłam do lekarza, nie powiedziałam słowa rodzicom, wierzyłam, że to przejściowa kontuzja, po paru dniach wróciłam na matę, bo nie potrafiłam bez tego normalnie funkcjonować. Chcieć to móc, więc ćwiczyłam dalej pomimo potwornego i paraliżującego bólu do czasu, kiedy nie wprowadzono obowiązkowych prześwietleń kręgosłupa dla dżudoków, a te wykazały, że mój kręgosłup uległ rozszczepowi i o trenowaniu czegokolwiek nie może być mowy. Byłam w 7 klasie i czułam, że moje życie właśnie straciło jakikolwiek sens. Nie leczyłam się do czasu, kiedy w 8 klasie z półobrotu rzuciłam na przerwie w kolegę kredą i definitywnie trzasnęło mi w krzyżu. Ze szkoły zabrała mnie karetka z „ciągnącą się za mną nogą”, której nie mogłam zmusić do ruchu. Ostatnie pół roku szkoły podstawowej spędziłam w sanatorium na rehabilitacji, z dala od miejsca zamieszkania i rodziców, którzy mogli odwiedzać mnie tylko w weekendy. Tam zaczęłam palić papierosy. Od tego momentu też zaczęła się moja wieloletnia „przygoda” ze szpitalem. W drugiej klasie liceum przeszłam swoją pierwszą operację kręgosłupa. Miałam leżeć po niej płasko przez 2 miesiące ale po 2 tygodniach leżenia roześmiałam z dowcipu opowiedzianego przez koleżankę z sali, na skutek napięcia mięśni wyskoczył mi dysk i mnie sparaliżowało. A raczej paraliżowało przez całą noc, milimetr po milimetrze traciłam czucie w nodze. Było to bolesne, jakby każdą końcówkę zakończenia nerwowego coś szczypało z całej siły. Podobno w nocy z bólu wzywałam Boga, w którego nie wierzyłam. Rano nie miałam już żadnego czucia w lewej nodze i to samo zaczęło się dziać w mniejszym zakresie z prawą nogą. Szybko zaplanowano kolejną operację, żeby powstrzymać ten proces i zobaczyć co się właściwie stało. Kiedy po operacji przyszedł lekarz sprawdzać czucie w nogach – poczułam dotyk, jakby przez wiele warstw, z oddali, ale poczułam. Płakałam ze szczęścia. Poprosiłam kogoś z sali o długopis i kartkę, na której w powietrzu, na leżąco napisałam do kobiety z sali, na której leżałam przed operacją, słowa mniej więcej brzmiące: dziękuję Bogu za lekarzy przez których ręce mnie uzdrowił. Było to trochę dziwne wyznanie, bo raz, że nie wierzyłam w Boga, dwa – nigdy nie słyszałam, że uzdrawia, a trzy – że robi to też przez ręce ludzi. Wtedy to pojawiło się we mnie po raz pierwszy pragnienie szukania Boga. W szpitalu ze dwa razy wywieźli mnie na łóżku na korytarz, gdzie ksiądz odprawiał msze, ale nic się nie stało. Po 2 miesiącach leżenia odliczanych od początku, postawiono mnie na nogi. Pół roku w szpitalu zaowocowało powtarzaniem drugiej klasy w liceum. Po szpitalu ponowiłam próbę szukania Boga, lecz pragnienie to umarło we mnie tak szybko jak powstało. Jakiś czas po wyjściu ze szpitala pojechałam do Otwocka odwiedzić kobietę, do której pisałam ów list po operacji. Kiedy pokazała mi te wielkie kulfony na kartce, czytałam ze zdumieniem, że mogłam coś tak dziwnego napisać i wytłumaczyłam to sobie działaniem morfiny, którą mi podawali po operacji.

Przez cały ten czas żyłam nadzieją, że jak mnie poskręcają, wrócę na matę. Tymczasem po szpitalu komisja lekarska orzekła mi stopień niepełnosprawności. Nadzieja umarła. Znowu ogarnęło mnie poczucie niesprawiedliwości (dlaczego ja?), bezsens i pragnienie śmierci. Nie miałam odwagi odebrać sobie życia ze względu na rodzinę, ale niszczyłam je po kryjomu na różne sposoby – paliłam, przypalałam sobie papierosami ciało, nacinałam skórę żyletką w niewidocznych miejscach. Chodziłam w tym celu na pobliski stadion. Spotykałam tam swoją koleżankę z podwórka, która chodziła tam modlić się i czytać Biblię. Zaczęła mnie zaczepiać, mówić o Bogu, Jezusie który mnie kocha i chce dla mnie dobrze. Pomyślałam sobie: ta to ma tupet, ja o kulach, a ta mi wciska, że Jezus niby taki dobry. Ale słuchałam licząc, że da sobie w końcu spokój. Nie dała, pomimo, że nie zawsze byłam dla niej miła. Zaczepiała mnie ilekroć w tym samym czasie tam przebywałyśmy. Aż dla świętego spokoju, po dość długim czasie dałam się jej zaprosić na nabożeństwo do zboru zielonoświątkowego.

W zborze przeżyłam szok. Pomyślałam, że to zgromadzenie wariatów – jeden dziękował za nowy dzień (za co tu dziękować?!), drugi za pogodę, wszyscy się radowali i rozmawiali z Bogiem swoimi słowami, jakby stał obok. Z drugiej strony pomyślałam, że to chyba niemożliwe, żeby tylu stukniętych znalazło się w jednym miejscu, w końcu nie był to szpital psychiatryczny. Zdumienie mieszało się z poczuciem, że tego właśnie pragnie moje serce – szczerej rozmowy z Bogiem, który jest bliski. Pamiętam świadectwa człowieka, który przez 17 lat był narkomanem i Janka, który jako kawaler dzielił się świadectwem o tym, że postanowili ze swoją narzeczoną w chwilach nieporozumień klękać i wspólnie modlić się do Boga. To było niesamowite. Nie znałam takiego sposobu załatwiania nieporozumień. Znałam za to inne – kłótnie, wyzwiska i mordobicie. Poczułam, że też tak chcę. Dostałam od koleżanki Biblię w prezencie. Zaczęłam przychodzić do zboru i odkrywałam, że to co mówią na kazaniach jest w Biblii. Kiedy moja mama zorientowała się, że zaczęłam w miarę regularnie gdzieś chodzić, poprosiła mnie bym jej przyrzekła, że nigdy się nie ochrzczę. Prośba wydała mi się wtedy absurdalna, nie wiedziałam nic o żadnym chrzcie, nie wiedziałam, po co miałabym to robić, więc bez żadnych oporów obiecałam. Po tej obietnicy zaczęłam się rozmijać z tym, co było głoszone, gasła we mnie potrzeba bywania na nabożeństwach, odeszłam.

W 3 klasie szkoły średniej miał miejsce kolejny przełom mojego życia. Pamiętam, że nie nauczyłam się na sprawdzian z fizyki, więc postanowiłam udać bóle brzucha, zmusić się do wymiotów, żeby zaszkliły mi się oczy i tym sposobem uniknąć kolejnej pały z tego przedmiotu, którego szczerze nie lubiłam. Liczyłam, że fizyczka, która była wychowawcą, zwolni mnie do domu, w końcu jako jedyna w klasie byłam pełnoletnia. Nie zwolniła, tylko zadzwoniła po mamę, która przyjechała po mnie z pracy. Nie było odwrotu, trzeba było iść na całość. W domu poudawałam jeszcze ze dwie godziny, a wieczorem poszłam na kurs języka niemieckiego. Ze zdumieniem zauważyłam, że rzeczywiście jest mi niedobrze i boli mnie brzuch. Początkowo pomyślałam, że za bardzo wczułam się w rolę i nie potrafię z niej wyjść, ale dolegliwości narastały i trwały całą noc. Rano zgłosiłam się do szpitala, parę godzin później leżałam na stole operacyjnym z podejrzeniem zapalenia wyrostka. W głowie kołatało mi poczucie absurdu, działo się coś co nie miało się prawa dziać. Czułam się jak w Monthy Pytonie. Wyrostek usunięto, wyszłam ze szpitala i chciałam jak najszybciej zapomnieć o tym dziwnym zdarzeniu, ale po 2 tygodniach dostałam wezwanie, by stawić się tam w trybie pilnym. Okazało się, że w wyrostku miałam nowotwór złośliwy, a pobrane w czasie operacji wycinki wskazywały, że wychodzi on poza obręb wyrostka i trzeba wycinać dalej. Poczucie absurdu wróciło. I strach, że umrę. W takich chwilach, jak to zwykle bywa, zaczyna się szukać pomocy wszędzie – jak trwoga to do Boga; koleżanka zawiozła mnie do zboru na Sienną, by tam modlił się za mnie pastor. Pastor po kilku pytaniach wyjął z kieszeni małą buteleczkę z olejkiem, pomazał mi czoło i zaczął się modlić. Nie wiem o co, nie słyszałam go. Pomyślałam, że to ostatnie namaszczenie. Byłam przerażona i wściekła na koleżankę, że taką pomoc mi zaoferowała. Wyjaśnienia nie zatarły pierwszego wrażania. Niestety diagnostyka nowotworowa wymagała najpierw usunięcia metalowych prętów z kręgosłupa, więc przeszłam kolejną operację, po której okazało się, że rozszczep się pogłębił. Szpital opuszczałam o kulach zgięta w pół, ledwo powłócząc nogami. Usunięcie nowotworu zakładało wycięcie ¾ jelit, w których miał on być zlokalizowany. Rankiem w dniu operacji przyszedł lekarz i powiedział tylko, że nie będą mnie operować. Nie podał przyczyny. Wyszedł, a ja się rozpłakałam mniemając, że jest ze mną już tak źle, że nie warto w ogóle tego ruszać. Wspomnienie ostatniego namaszczenia odżyło. Jednak chciałam żyć. Potem okazało się, że wycinki posłano jeszcze raz do badań, a te wykluczyły wcześniejszą opinię – nowotwór nie wychodził poza obręb wyrostka. Nie musiałam brać żadnej chemii ani naświetlań. Teoretycznie byłam zdrowa, wraz z wycięciem wyrostka problem zniknął. Poczucie absurdu pozostało. Nie miałam jednak czasu nad tym wszystkim się zastanawiać, bo trzeba było wracać do szpitala skręcać kręgosłup. I tak straciłam kolejny rok nauki. Trafiłam do klasy z Adamem, który chodził do Zboru „Nowe Życie”, który kiedyś odwiedzałam. Adam skojarzył mnie po nietypowej kurtce dżinsowej, zaczął pytać dlaczego już nie przychodzę, na nowo świadczyć o Bogu i Jego dobroci. Rozmawialiśmy praktycznie na każdej przerwie. Parę dobrych miesięcy Adam dobijał gwoździe do trumny mojej niewiary. Zaczęłam odkrywać Boże działanie w swoim życiu i patrzeć z innej perspektywy na ostatnie wydarzenia. Przyszłam do zboru na pierwsze nabożeństwo na Bartniczej i zostałam. Z Bożą pomocą rzuciłam papierosy, które paliłam przez 5 lat, zmieniłam swoje nawyki, doznałam Bożego uwolnienia od wielu spraw, poinformowałam mamę, że nie dotrzymam kiedyś jej danej obietnicy i przystąpiłam do chrztu w najbliższym terminie. Zaczęło się moje chodzenie z Bogiem.

Kiedy ponad 10 lat temu mówiłam po raz pierwszy to świadectwo w zborze, towarzyszył temu pewien werset: Tylko trwajmy w tym, co już osiągnęliśmy (Flp 3,16). Po latach tłustych, w czasie których Bóg przeprowadzał mnie przez różne doświadczenia i kolejne pobyty w szpitalach, nastąpiły lata chude. Nastąpiły, bo nie wytrwałam. Zlekceważyłam jedyne, niezawodne źródło pokoju, siły i zwycięstwa. Zamiast oddać sprawy Bogu, zaufać Mu, zaczęłam sama szukać wyjścia z trudnych sytuacji. Znowu zaczęłam palić papierosy, traktując je jako lek na stres w moim życiu. Prześladowało mnie poczucie winy, które niszczyło moją relację z Bogiem i – tu koło się zamykało – nie pozwalało na oddanie wszystkich spraw Bogu. Lecz choć odchodziłam wewnętrznie od Boga, zawsze do Niego wracałam, bo nie potrafiłam zapomnieć o tym wszystkim, co uczynił w moim życiu, jak mi pomógł, jak był przy mnie przez cały czas. Im bardziej chciałam wymazać to z pamięci, tym częściej mi się przypominało. Bóg cierpliwie czekał i pomimo mojej niewierności okazywał swoją łaskę i dobroć. Dzisiaj, po wielu wzlotach i upadkach, wiem, że – Jedynie w Bogu jest uciszenie duszy mojej, bo w nim pokładam nadzieję moją! Tylko On jest opoką moją i zbawieniem moim, twierdzą moją, przeto się nie zachwieję. W Bogu zbawienie moje i chwała moja; skała mocy mojej, ucieczka moja jest w Bogu (Ps 62,6-8). Wiem, że jedynie Jezus jest sprawcą i dokończycielem mojej wiary (Hebr 12,2) i że Bóg daje mi chcenie i wykonanie (Flp 2,13). Wiem, że muszę (i chcę) trwać w Nim, bo bez Niego nic uczynić nie mogę (Jn 15,5), On jest bowiem działem moim na wieki (Ps 73, 26).

W ciągu miesiąca chodziłem po kilka razy do spowiedzi, tak bardzo chciałem żyć bez grzechu, a nie potrafiłem. Byłem jak człowiek, który „nie czyni dobrego, którego chce, tylko zło, którego nie chce”. Coraz częściej myślałem o śmierci…

Moją historię spotkania z Bogiem rozpocznę od wyjaśnienia imienia, które zostało mi nadane. Imię Jan jest greckim odpowiednikiem hebrajskiego Jahwe jest łaskawy. I rzeczywiście, kiedy spoglądam wstecz i przypatruję się teraźniejszym wydarzeniom mojego życia, czy rozmyślam nad tym, co może mnie jeszcze czekać, mam silne przekonanie, że wszystko dzieje się dzięki Bożej łasce. Jako człowiek często muszę wzdychać „nędzny ja człowiek…”, lecz również mogę wyznać „Ale dzięki Bożej łasce jestem tym, czym jestem”.

Urodziłem się na Śląsku w tradycyjnej górniczej rodzinie, gdzie było nas pięcioro dzieci. Moi rodzice poprzez wychowanie starali się przekazać mi takie wartości jak miłość do bliźnich, wrażliwość na ich potrzeby, szacunek do pracy, bojaźń Bożą. Śmiało mogę stwierdzić, że wychowany zostałem w wierze nieobłudnej, chociaż praktykowaliśmy ją w kościele rzymskokatolickim. Jako dziecko, kiedy byłem chory i nie mogłem pójść na niedzielną mszę, słuchałem taśmy magnetofonowej, na której były nagrane pieśni i kazania. Taśmę otrzymał mój najstarszy brat od protestanckiego pastora, z którym nawiązał kontakt poprzez audycję radiową „Głos Ewangelii”. Pamiętam do dziś słowa pieśni „Czyś słyszał, że Kościół jest żywy”, „Módl się bracie z poranku” czy fragmenty Pisma Świętego o uzdrowieniu sparaliżowanego, przypowieść o zaginionej owcy czy podobieństwo o dziesięciu pannach, która napawała mnie bojaźnią. Nie chciałem należeć do tych panien, które nie weszły na wesele z Oblubieńcem.

Zawsze miałem wrażliwe sumienie, każdy grzech mnie obciążał. Jako nastolatek prowadziłem aktywne życie religijne. Uczestniczyłem w spotkaniach ruchu oazowego, chodziłem na pielgrzymki, starałem się być jak najczęściej na mszy. W tym czasie zaczęły się moje kilkuletnie zmagania związane z okresem dojrzewania. W ciągu miesiąca chodziłem po kilka razy do spowiedzi, tak bardzo chciałem żyć bez grzechu, a nie potrafiłem. Byłem jak człowiek, który „nie czyni dobrego, którego chce tylko zło, którego nie chce”. Coraz częściej myślałem o śmierci, wiedząc, iż „śmierć jest zyskiem” – wówczas tak to interpretowałem. W lutym 1987 r. poprosiłem mojego najstarszego brata, by zabrał mnie ze sobą do zboru zielonoświątkowego. Byłem wtedy jego największym przeciwnikiem w rodzinie, nie mogłem pogodzić się z tym, że chodzi do innego Kościoła. A jednak poszedłem tam. Podczas nabożeństwa wyszedłem na środek prosząc o modlitwę. W czwartek na spotkaniu młodzieżowym w tymże zborze oddałem swoje życie Panu Jezusowi. Przyjąłem uwolnienie a moje życie uległo radykalnej zmianie. Po trzech miesiącach zostałem ochrzczony w Duchu Świętym. Teraz wiem, że bez Boga nic nie mogę uczynić. Tylko jeśli będę w Nim trwać a On we mnie, wydam obfity owoc.

„Co myślisz o Kaszpirowskim?” – tymi słowami rozpoczęła się moja pierwsza po wakacjach rozmowa z koleżanką z klasy, a zarazem największa przygoda mojego życia. Przygoda z Jezusem.

„Co myślisz o Kaszpirowskim?” – tymi słowami rozpoczęła się moja pierwsza po wakacjach rozmowa z koleżanką z klasy, a zarazem największa przygoda mojego życia. Przygoda z Jezusem. Rozmowa, która miała na celu wyśmianie poglądów i słów mojej rozmówczyni (uważałam ją za zacofaną), zakończyła się zaproszeniem do zboru. Do pójścia tam zachęciło mnie „coś”, co poczułam w słowach, gestach i postawie koleżanki. Nie wiedziałam co to jest, ale bardzo chciałam mieć to samo: spokój, łagodność, miłość.

Byłam osobą dumną z tradycji katolickiej, w jakiej wychowywała mnie i moje rodzeństwo mama. Chodziłam wraz z moją siostrą Justyną na spotkania Neokatechumenatu, których „autorska” liturgia została zatwierdzona przez Papieża. Chodziłam tam przez pięć lat – od chwili przystąpienia do Pierwszej Komunii aż do siódmej klasy. Elitarność tej wspólnoty budowała we mnie poczucie wyróżnienia i sprawiała, że czułam się lepsza niż inni. Razem z Justyną uczestniczyłyśmy w najróżniejszych świętach jako bielanki, starałyśmy się jak najczęściej spowiadać i przystępować do komunii; był czas, gdy chodziłyśmy do kościoła „rano, wieczór i w południe”.

A jednak kiedy usłyszałam o żywym Bogu i – co ważniejsze – zobaczyłam Jego działanie w życiu tej dziewczyny, postanowiłam zobaczyć to miejsce, gdzie Bóg może tak bardzo zmieniać ludzi.

Pierwsze nabożeństwo było dla mnie szokiem. Miałam wtedy 13 lat i nigdy w życiu nie widziałam ludzi modlących się tak gorąco, nie słyszałam pieśni śpiewanych tak pięknie, czułam się otoczona miłością. To mnie zauroczyło, zafascynowało i oszołomiło. Wróciłam do domu i pierwsze co powiedziałam do Justyny to „chcę to poznać!”. W kilka tygodni później przełamałam swój wstyd i wyszłam do przodu prosić o modlitwę. Chciałam przyjąć Jezusa do swojego serca, a jeden z braci poprowadził mnie w modlitwie. Wróciłam do domu z Jezusem, a kilka miesięcy później zostałam ochrzczona Duchem Świętym. Justyna miała niezły ubaw, bo przez jakiś czas wykonywałam za nią większość domowych obowiązków.

Jednak od chwili nawrócenia nastąpił totalny przewrót w mojej relacji z mamą. Kiedy po kilku tygodniach spostrzegła, że niechętnie idę z nią na wspólnotę, że nie chcę odmawiać cowieczornego różańca i nie modlę się „Zdrowaś Mario”, domyśliła się, że traci mnie dla katolicyzmu. Zaczęły się kłótnie. Ja postawiłam sprawę jasno – nie będę chodzić na msze, nie będę modlić się do Maryi. To sprawiło w moim domu rozłam. Mama zaczęła faworyzować Justynę. Justyna nie chciała chodzić ze mną do zboru, przyjęła postawę „nie denerwować mamy” i grzecznie chodziła na coniedzielne msze. Tylko czasami udawało mi się namówić ją do pójścia ze mną do zboru. Lecz Bóg działał i po pół roku ona również oddała swoje życie Jezusowi na jednej z ewangelizacji oraz została ochrzczona Duchem Świętym. To załamało moją mamę. Widziałam jak chwyta się różnych sposobów, by „uwolnić nas ze szponów szatańskich”. I nie powiem, była w tym bardzo twórcza.

Tymczasem Bóg uczył mnie cierpliwości i wyrozumiałości dla mojej mamy. Stawiałam z Jezusem pierwsze kroki na drodze wiary i muszę dodać, że było mi bardzo trudno. Nie byłam pełnoletnia i mama wykorzystywała to jak mogła. Długo nie wolno mi było chodzić na nabożeństwa – ukrywałam więc, gdzie idę. Do czasu osiągnięcia pełnoletności nie mogłam jeździć na obozy chrześcijańskie ani na wyjazdy młodzieżowe. Potem już tylko brak pieniędzy stanowił przeszkodę. Razem z Justyną wspierałyśmy się na różnych koloniach i zimowiskach, na które wysyłali nas rodzice. Bóg opiekował się nami. Dzięki doświadczeniom budowała się moja wiara, a dziś, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, jak wiele się nauczyłam i jak Bóg zmienił mój charakter.

Oddałam Jezusowi całe moje życie. On przeprowadził mnie przez wiele doświadczeń, dał poznać Swoją moc w ciemnych dolinach mojego życia i najcięższych chwilach, gdy pragnęłam śmierci zamiast życia. Były dni, kiedy dotykał mnie w sposób szczególny i namacalny, dawał nadzieję przez wizje i sny. Uzdrawiał fizycznie, duchowo i psychicznie, gdy nie było obok mnie nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc. Czułam Jego obecność przy podejmowaniu życiowych decyzji, On był moją Drogą, kiedy nie widziałam wyjścia z koszmarnych sytuacji. Teraz wiem, że On mnie nigdy nie opuści i nie porzuci, bo doświadczyłam tego w moim życiu. Chcę kochać Go, chwalić Go i służyć Mu najlepiej jak potrafię, bo tylko On jest Jedynym Bogiem godnym uwielbienia, czci i miłości. Cieszę się, że mogę nazywać się Jego dzieckiem.

Moje dzieciństwo nie było łatwe, przypadało na lata wojny… Pamiętam podróż do Polski zimą 1945 roku, gdy tygodniami jechaliśmy w nieznane, stłoczeni w otwartych bydlęcych wagonach, głodni, zziębnięci i wycieńczeni…

Mam na imię Maria, ale wszyscy bliscy, rodzina i przyjaciele, mówią do mnie Marylka. Urodziłam się za Bugiem, w okolicach Tarnopola, w rodzinie, w której Bóg był na pierwszym miejscu. Mój tato Jan i mama Katarzyna powierzyli swoje życie Panu i to dzięki nim i ich modlitwom jestem dzisiaj dzieckiem Bożym.

Moje dzieciństwo nie było łatwe, przypadało na lata wojny… Pamiętam podróż do Polski zimą 1945 roku, gdy tygodniami jechaliśmy w nieznane, stłoczeni w otwartych bydlęcych wagonach, głodni, zziębnięci i wycieńczeni. Wielu ludzi nie przeżyło tej podroży. Jako mała dziewczynka otarłam się o śmierć i byłam świadkiem ogromnego ludzkiego nieszczęścia.

Osiedliliśmy się na Ziemiach Odzyskanych, w małej wiosce niedaleko Wrocławia. Rodzice bardzo ciężko pracowali, żeby wyżywić dziewięcioro dzieci, a mimo to, tato zawsze znajdywał czas, żeby poczytać nam Pismo Święte. Pamiętam też, że czasami zabierał mnie do Wrocławia na nabożeństwo. Sama podroż była wielkim wyzwaniem dla dziecka – do najbliższej stacji było 7 kilometrów i trzeba było pokonać tę drogę na pieszo.

Kiedy poszłam do szkoły, spotkało mnie tam wielkie prześladowanie ze strony rówieśników i nauczycieli. Szczególnie dokuczała mi katechetka, która była moją wychowawczynią. Otwarcie mówiła, że pójdę do piekła. Kazała dzieciom mówić, że jestem „kociej wiary”, buntując je przeciw mnie. Interwencje taty na niewiele się zdały. Aż do momentu, gdy katechetkę zastąpił nowy ksiądz, autochton. Pamiętam, że pozwolił mi posiedzieć na lekcji religii, żebym nie musiała siedzieć sama na pustym korytarzu, czekając na następną lekcję. Posadził mnie w kącie sali, na żelaznym krześle. Kiedy zadał dzieciom pytanie czym jest modlitwa i żadne nie umiało odpowiedzieć, zapytałam czy ja mogłabym spróbować. Gdy skończyłam, ksiądz oznajmił całej klasie, że od tej pory mają mnie szanować, przestać mnie wyzywać, bić i opluwać, i mają brać ze mnie wzór, bo znam Pana Boga.

To prawda, znałam Boga, ale głównie ze słyszenia. Ciągle jeszcze nie powierzyłam Mu swojego życia, nie podjęłam decyzji, by należeć do Niego w 100%. Bóg jednak się o mnie upomniał. Kiedy jako nastolatka dojeżdżałam do szkoły średniej do Wrocławia, Bóg wyraźnie zachował mnie kilkakrotnie przy życiu. Był to, można powiedzieć czarny tydzień. Pierwszego dnia jechałam bardzo zatłoczonym pociągiem. Stałam tuż przy drzwiach, odwrócona plecami, gdy nagle otworzyły się w pełnym biegu. W ułamku sekundy zrozumiałam, że za chwilę zginę pod kołami rozpędzonego pociągu, gdy nagle ktoś chwycił mnie za pasek i wciągnął z powrotem… Następnego dnia biegłam do szkoły, śpiesząc się na klasówkę. Wskoczyłam na schodek tramwaju, który był tak zatłoczony, że nie dało się wejść środka. Po przejechaniu jednego przystanku zdałam sobie sprawę, że zdarzył się cud, ponieważ wisiałam na zewnątrz niczego się nie trzymając, mogłam zginąć… Trzeciego dnia wychodząc ze szkoły, stanęłam na krawężniku, spojrzałam w prawo i w lewo, jezdnia była pusta. Gdy na nią weszłam, wpadłam pod rozpędzoną taksówkę. I tym razem, w niezrozumiały sposób nie doznałam żadnych obrażeń, choć leżałam na masce samochodu… Kolejnego dnia nie zauważyłam platformy z węglem i weszłam prosto pod konie. Woźnica szarpnął za lejce, konie stanęły dęba dokładnie nad moją głową, a ja spokojnie odwróciłam się i przeszłam na chodnik, nie doznając żadnych obrażeń… I następny dzien. We wsi, w której mieszkałam postanowiłam odwiedzić swoją koleżankę. Kiedy weszłam na podwórko, z łańcucha zerwał się bardzo groźny pies i skoczył prosto na moją pierś. Na swojej twarzy ujrzałam jego paszczę, chwyciłam go za krtań i odepchnęłam, nic nie krzycząc. Mama mojej koleżanki na ten widok zemdlała, ale mnie znowu nic się nie stało….  I tak przez cały tydzień. Siódmego dnia Bóg wyraźnie przemówił do mnie: Jak długo będziesz jeszcze zwlekać? Czy nie widzisz, że twoje życie jest w Moich rękach? Był to przełomowy moment w moim życiu. Upadłam na kolana i z płaczem wyznałam Bogu swoje grzechy. Poprosiłam Go, żeby mi przebaczył i był moim Panem i Zbawicielem. 17 lipca 1955 roku zawarłam przymierze z Panem przez chrzest wodny.

Patrząc na te wszystkie lata, muszę powiedzieć, że Bóg dał mi wspaniałe życie, nie koniecznie łatwe, ale z pewnością dobre. Razem z mężem prawie 30 lat służyliśmy jako pastorstwo w zborze we Wrocławiu, byliśmy świadkami wielu cudów, uzdrowień i narodzin nowych chrześcijan.    Jak mawiała moja mama, kobieta wielkiej wiary i modlitwy, jestem syta dni, dni przeżytych z Bogiem.

Co Bóg myśli o Tobie

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym co ten Bóg, o którym tu tyle czytasz myśli o Tobie?

Przeczytaj słowa, które do ciebie kieruje. Ponieważ wypływają z serca Boga, mogą zmienić twoje życie – jeśli tylko im na to pozwolisz. Bóg cię kocha – On jest tym Ojcem, którego szukasz przez całe życie.

Możesz mnie nie znać, ale Ja wiem o tobie wszystko (Ps. 139,1)
Wiem kiedy siedzisz i kiedy wstajesz (Ps. 139,2)
Znam wszystkie twoje drogi (Ps. 139,3)
Nawet wszystkie włosy na twojej głowie są policzone (Mat. 10,29-31)
Ponieważ zostałeś stworzony na mój obraz (I Mojż. 1,27)
We mnie żyjesz, poruszasz się i jesteś (Dz. 17,28)
Bo jesteś moim potomstwem (Dz. 17,28)
Znałem cię zanim zostałeś poczęty (Jer. 1,4-5)
Wybrałem ciebie, gdy planowałem stworzenie (Efez. 1,11-12)
Nie byłeś pomyłką (Ps. 139,15)
Wszystkie twoje dni są zapisane w mojej księdze (Ps. 139,16)
Określiłem dokładny czas twojego urodzenia i miejsce zamieszkania (Dz. 17,26)
Jesteś cudownie stworzony (Ps. 139,14)
Ukształtowałem cię w łonie twojej matki (Ps. 139,13)
I byłem pomocny w dniu twoich narodzin (Ps. 71,6)
Jestem fałszywie przedstawiany przez tych, którzy mnie nie znają (Jan. 8,41-44)
Nie jestem odległy i gniewny, jestem pełnią miłości (1 Jana 4,16)
I całym sercem pragnę cię tą miłością obdarzyć (1 Jana 3,1)
Po prostu dlatego, że jesteś moim dzieckiem, a Ja – twoim Ojcem (1 Jana 3,1)
Daję ci więcej niż twój ziemski ojciec mógłby ci zapewnić (Mat. 7,11)
Bo jestem Ojcem doskonałym (Mat. 5,48)
Wszelkie dobro, jakie otrzymujesz, pochodzi z mojej ręki (Jak. 1,17)
Zaopatruję cię i zaspokajam wszystkie twoje potrzeby (Mat. 6,31-33)
Moim planem jest dać ci dobrą przyszłość (Jer. 29,11)
Ponieważ kocham cię miłością wieczną i nieskończoną (Jer. 31,3)
Moich myśli o tobie jest więcej niż ziaren piasku na brzegu morza (Ps. 139,17-18)
I cieszę się tobą, śpiewając z radości (Sof. 3,17)
Nigdy nie przestanę czynić ci dobra (Jer. 32,40)
Gdyż jesteś moją drogocenną własnością (II Mojż. 19,5)
Z całego serca i z całej duszy chcę, byś mieszkał bezpiecznie (Jer. 32,41)
Chcę pokazać ci rzeczy wielkie i wspaniałe (Jer. 33,3)
Jeśli będziesz mnie szukał z całego serca, znajdziesz mnie (V Mojż. 4,29)
Rozkoszuj się mną, a dam ci to, czego pragnie twoje serce (Ps. 37,4)
Bo to Ja daję ci takie pragnienia (Filip. 2,13)
Jestem w stanie dać ci o wiele więcej, niż możesz sobie wyobrazić (Efez. 3,20)
To we mnie znajdziesz największe wsparcie i zachętę (2 Tes. 2,16-17)
Jestem też Ojcem, który pociesza cię we wszelkich twoich smutkach (2 Kor. 1,3-4)
Kiedy jesteś załamany, jestem blisko ciebie (Ps. 34,18)
Tak, jak pasterz niosący owieczkę, trzymam cię blisko mojego serca (Iz. 40,11)
Pewnego dnia otrę wszystkie łzy z twoich oczu (Obj. 21,3-4)
I uwolnię od wszelkiego bólu, który znosiłeś na ziemi (Obj. 21,3-4)
Jestem twoim Ojcem i kocham cię dokładnie tak, jak kocham mojego syna, Jezusa (Jan. 17,23)
Bo w Jezusie objawiłem moją miłość do ciebie (Jan. 17,26)
On jest wiernym odbiciem mnie samego (Hebr. 1,3)
Przyszedł, by udowodnić, że jestem z tobą, nie przeciwko tobie (Rzym. 8,31)
By powiedzieć ci, że nie liczę twoich grzechów (2 Kor. 5,18-19)
Jezus umarł, żebyśmy – ty i Ja – mogli zostać pojednani (2 Kor. 5,18-19)
Jego śmierć była najwyższym wyrazem mojej miłości do ciebie (1 Jana 4,10)
Oddałem wszystko co kochałem, by zdobyć twoją miłość (Rzym. 8,31-32)
Jeśli przyjmiesz dar mojego syna Jezusa, przyjmiesz mnie samego (1 Jana 2,23)
I nic już nigdy nie oddzieli cię od mojej miłości (Rzym. 8,38-39)
Przyjdź do mnie, a wyprawię największą ucztę, jaką niebo kiedykolwiek widziało (Łuk. 15,7)
Zawsze byłem Ojcem i zawsze Nim będę (Efez. 3,14-15)
Ale czy Ty… „chcesz być moim dzieckiem?” (Jan. 1,12-13)
Czekam na ciebie (Łuk. 15,11-32)

MODLITWA

„Każdy bowiem, kto wzywa imienia Pańskiego, zbawiony będzie”. – Rzymian 10,13

Jeśli chcesz przyjąć Boży dar zbawienia i zacząć nowe życie w Chrystusie, możesz pomodlić się swoimi słowami. Oto przykład takiej prostej modlitwy:

Boże, potrzebuję zbawienia. Korzę się przed Tobą i proszę, abyś przebaczył mi moje grzechy. Pomóż mi, uratuj i przyprowadź do Siebie. Jezu, zamieszkaj w moim sercu, bądź moim Panem i Zbawicielem. Pokaż mi jak żyć. Zmień mnie i daj mi nowe życie. Chcę zacząć wszystko od początku, razem z Tobą.  W imieniu Jezusa. Amen.

Co dalej?

Jeżeli po raz pierwszy przyjąłeś Jezusa do swojego serca, to bardzo się cieszymy razem z tobą! Rozpocząłeś nowe życie, przed tobą nowy start, dlatego warto postawić mądrze kilka podstawowych kroków:

  • Zachęcamy, znajdź zbór w swojej miejscowości, miejsce, gdzie będziesz mógł wzrastać w wierze.
  • Czytaj Biblię, która jest Bożym Słowem i módl się – Bóg będzie do ciebie przemawiał.
  • Jeżeli potrzebujesz pomocy w znalezieniu zboru, skontaktuj się z nami.
Napisz do nas

Potrzebujesz więcej informacji?

Oddałeś swoje życie Jezusowi? Pomodliłeś się o zbawienie? Potrzebujesz pomocy w poszukiwaniach zboru?